Głaszcząc krokodyla

Leżały w słońcu nieruchomo. Wygrzewały się. Wyglądały jakby były w półśnie lub transie, albo jak makiety rozrzucone na brzegu stawu. Ale gdy tylko na ziemię spadł rzucony między nie patyk nagle, w okamgnieniu, ożyły wykonując błyskawiczny ruch w stronę źródła ruchu i dźwięku. Ciarki na plecach. A za chwilę mam głaskać jednego z nich.

Gambia nie należy może do czołówki afrykańskich krajów oferujących bogactwo kontaktu z dziką i nieokiełznaną przyrodą. Ustępuje wielu innym państwom szczycącym się zwierzęcą obfitością i różnorodnością. Ale pozwoliła mi w czasie mojego debiutu w „czarnej Afryce” zasmakować tego, czego na tym niezwykłym kontynencie można kosztować bez końca. Była jak smakowita przystawka rozbudzająca apetyt na więcej. A zaczęło się nieopodal Cape Point, przylądka oddzielającego wybrzeże atlantyckie od ujścia Gambii. Bakau słynie z zespołu stawów pełnych krokodyli nilowych. Są ich tu setki. Leniwie wygrzewają się w mule lub piasku albo unoszą na powierzchni sadzawek. Dla turystów, takich jak ja, są tu główną atrakcją. Ale dla miejscowych olbrzymie znaczenie mają same stawy. Są uważane za święte a według wierzeń kąpiel w tych sadzawkach pomaga kobietom zajść w ciążę. Tylko jak tu zanurzyć się w mętnej wodzie, w której roi się od drapieżników. Wiara jednak jest silniejsza i od kilkuset lat pielgrzymują tu kobiety, które liczą na pokonanie niepłodności. Nie wkraczają do stawów, ale w sąsiednich wiatach polewają się wydobytą z nich wodą. I wcale nie jest rzadkością, że 9 miesięcy po tej wizycie witają na świecie swoje dzieci a wiele – dla upamiętnienia tego, co i gdzie się wydarzyło – nadaje pociechom imię Kachikally. Tak nazywają się te święte stawy. Gdy wkraczam do parku otaczającego stawy natychmiast odczuwam tę mieszaninę ekscytacji z niepokojem. Czytanie o tym miejscu i oglądanie zdjęć to jednak zdecydowanie co innego, niż wejście na ten teren. Po chwili już je widzę.

Czuję się trochę surrealistycznie. Dziesiątki krokodyli w wodzie i na brzegu, w krzakach, na piasku i pod drzewami. Jakbym wszedł między stado owiec na podhalańskiej łące. Tylko, że to nie są owieczki. Z jednej strony świadomość, że miejsce jest nadzorowane. Są lokalni przewodnicy, którzy strzegą bezpieczeństwa, podpowiadają, do którego z gadów można podejść, którego można dotknąć, a kiedy i które lepiej obejść szerokim łukiem. Wiem, że co rano są karmione a do ich paszcz trafia niemal ćwierć tony ryb dziennie. Ale i tak mam w głowie obrazki ich błyskawicznych ataków i z pozoru sielankowy, senny obrazek nie pozwala mi zapomnieć o tym, że te drapieżniki w ułamku sekundy potrafią zmienić się z nieruchomej „kłody” w morderczego drapieżnika. Z jednej strony Kachikally Crocodile Pool można uznać za turystyczny McDonald’s – z drugiej jednak nawet tak „uregulowany” kontakt z krokodylami nilowymi stawia włosy na ramionach na baczność, zwłaszcza gdy ma się z nimi do czynienia po raz pierwszy. Przewodnik na moją prośbę podchodzi ze mną bliżej największych, wylegujących się przy stawie osobników. Opowiada mi o różnicy między samicami i samcami. Uśmiecha się odradzając mi próbę głaskania samicy. Robi test z patykiem, gdy pytam o to, czy są teraz w letargu i czymkolwiek zainteresowane. Gdy niewielka gałązka upada między kilkoma gadami te momentalnie zwabione ruchem i dźwiękiem ruszają gwałtownie w stronę patyka. Tak zareagowałyby na nagły ruch ryby lub zwierzęcia w wodzie. Ten trwający raptem 2-3 sekundy zryw krokodyli, choć szybko przerwany rozczarowaniem, że to jednak nic wartego polowania, uświadamia mi istotę kluczowej rady: nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów. Najpłynniej i najspokojniej jak potrafię, pilnując przyspieszonego oddechu, podchodzę więc do jednego z krokodyli. Wyłącznie od strony ogona – jak brzmi druga ważna podpowiedź przewodnika. Gdy już jestem przy ogonie gada kucam i wyciągam rękę. Lewą. Na wszelki wypadek. Wymyśliłem bowiem sobie, że jako praworęczny, w razie nieszczęścia, wolałbym nie stracić ważniejszej z dłoni.

Pierwszy raz czuję pod palcami niezwykle gruby i solidny pancerz tych prehistorycznych zwierząt. Budzi szacunek i respekt. Tak jak i rozwarta – wierzę, że w celach wentylacyjnych jedynie – paszcza najeżona dziesiątkami ostrzy. Przewodnik zachęca mnie, bym sprawdził jeszcze inny fragment ciała krokodyla. Pozwalam więc sobie na kilka małych kroczków wzdłuż jego tułowia i sięgam dłonią do boku gada, pod jego tylną łapę. Kompletna odmiana. Skóra jest tu gładka, delikatna, wręcz aksamitna i niebywale przyjemna w dotyku. Rozumiem już, dlaczego stanowi pokusę, by wykorzystywać ją w produkcji torebek, pasków czy butów. Pytam przewodnika, czy mogę podejść do innego zwierzęcia. Za jego zgodą kucam po chwili przy kolejnym blisko dwumetrowym gadzie, wciąż czując tę – dla mnie – nierealność sytuacji. Wiem, że nie jest to zupełnie dzika przyroda, wiem, że to oswojone miejsce turystyczne, wiem, że to nie zakątek odkrywany dziewiczo z National Geographic, ale i tak bliskość krokodyli nilowych i możliwość spacerowania między nimi i dotykania ich robi kolosalne wrażenie.

Tego samego dnia mam jeszcze krokodyli akcent. Zaglądam do Abuko Nature Reserve, gdzie w odróżnieniu od Kachikally nikt gadów nie dokarmia i tu lepiej się do nich absolutnie nie zbliżać.

Bogactwo Abuko zostało uratowane dzięki ludzkiej wrażliwości. Jeden z lokalnych rolników stracił tu niegdyś świnię, którą podczas nielegalnego wypasu na tych dzikich terenach upolował gepard. Rozżalony wieśniak poprosił więc brytyjskiego oficera o pozbycie się drapieżnika. Żołnierz przybył na miejsce ze swoją córką a ta, zachwycona tym, co zobaczyła, uprosiła ojca, by skłonił władze do ochrony tego ekosystemu. Rok później projekt został zaakceptowany i powstał tu park narodowy, najmniejszy w całej Gambii, najstarszy, i niezwykle urokliwy. To geograficznie najbliższy Europie las galeriowy a na zaledwie 2 kilometrach kwadratowych powierzchni można spotkać 250 gatunków ptaków. Są też kobry i bardzo jadowite zielone mamby, więc – biorąc też pod uwagę krokodyle – nie warto i nie wolno tu schodzić z wydeptanych ścieżek kluczących między drzewami porośniętymi plątaniną pasożytniczych pnączy.

W głębi parku prowadzony jest sierociniec dla zwierząt, gdzie do powrotu na wolność szykowane są ptaki, małpy i hieny. I kontakt z tymi ostatnimi wywołuje ciarki na plecach nie mniejsze niż w przypadku krokodyli. Hieny mają tu kilka wybiegów otoczonych niekiedy podwójną lub potrójną drucianą siatką, która w wielu miejscach z przyczyn, które pozostawię wyobraźni Czytelnika, były już uzupełniane i łatane. Niby zapewniają bezpieczeństwo, ale gdy po raz pierwszy podchodzi bliżej mniej jedna z hien, gdy widzę, jak wielkie to zwierzę, potężniejsze od wszystkich znanych mi dotąd psów, jak potężne i „obrzydliwie” groźne na wszelki wypadek odruchowo stawiam pół kroku wstecz. Nie spodziewałem się, że hieny bywają aż tak ogromne. Ekran telewizji tego w żaden sposób nie oddaje. Drapieżnik wciąga nosem powietrze wywąchując zapewne mój strach, łypie swoimi posępnymi, beznamiętnymi ślepiami i znużony upałem, zaspokoiwszy ciekawość, odchodzi w cień i układa się pod murkiem koło swojego stada. A ja odchodzę z poczuciem kompletnej bezsilności i bezbronności. Nawet wobec zlatujących tu sępów.

Trzeci na mojej trasie tego dnia jest jeszcze Bijilo Forest Park. Wyposażony w fistaszki, którymi zamierzam karmić miejscowe małpy (wiem, nie powinienem, bo w parku mają dość naturalnego pożywienia i z pewnością nie głodują) tracę część prowiantu po drodze do wejścia, gdy o swoją dolę doprasza się stado kóz łakomczuchów. A potem, w nadmorskim lesie udaje mi się spotkać kilka stad małp, które oswojone już z gośćmi częstują się podawanymi im orzeszkami, wybrednie wybierając z dłoni kształtniejsze sztuki a potem zajmując się głośno swoimi sprawami pozując przy tym do zdjęć. Szare koczkodany są najśmielsze ze wszystkich i bez wahania zbliżają się do zwiedzających, ale trzeba powściągliwie podchodzić do zacieśniania kontaktów, bo potrafią być natrętne i niemiłe, jeśli damy im do tego powody. Większym wyzwaniem jest spotkanie bardziej płochliwych i nieufnych gerez rudych.

„Monkey Park” jest najbliżej wybitnie turystycznej Senegambii, łatwo dostępny i często wykorzystywany jako miejsce rodzinnych spacerów Gambijczyków. Są tu wyznaczone trasy i ścieżki, krótsze pętle oraz dłuższe, dla wprawniejszych, prowadzące stromymi wydmami. Bijilo Forest Park to ponad 50-ąt hektarów, najdłuższa trasa to ponad dwie godziny marszu w upalnym i wilgotnym środowisku wśród gajów palmowych, tropikalnej puszczy i trawiastych polan.

Na deser został mi położony przy granicy z Senegalem Kartong i rodzinna farma węży, choć nie tylko węże można tu obejrzeć. Są tu też kameleony, jaszczurki, gekony i żółwie a rodzina, która farmę prowadzi zaangażowała się w wartościowy projekt. Chodzi o to, by uświadamiać rolnikom, jak pożyteczne są stworzenia, które bez tej wiedzy najchętniej by wytępili. Ale kto wtedy, tak jak węże, tępiłby gryzonie, a kto, tak jak jaszczurki, rozprawiał się z populacją komarów i pająków? Najcudowniejsza była jednak przewodniczka! Nietrudno zgadnąć od kogo zaczerpnęła swoją bogatą wiedzę o zwierzakach, bo prezentując każde z nich wplata w swoją opowieść słodkie: „according to my dad”. Podziwiam tę dziewczynkę, jej zapał, entuzjazm i naprawdę rozległą wiedzę i wcale nie przeszkadza mi ton recytowanych z pamięci formułek, które nieomylnie z siebie wyrzuca a po moich wtrętach i żarcikach uśmiecha się szeroko i wraca do przerwanej historyjki. Można tu spotkać pytony i kobry królewskie, do których moja przewodniczka, ostrzegając zarazem, dopuściła mnie nieco bliżej. Inne, słodsze zwierzaki, lądowały na naszych dłoniach. Tak, znacznie to było bardziej relaksujące od towarzystwa krokodyli czy hien.

W Kartong ewidentnie ujęła mnie nie tyle fauna i flora, co ta niezwykła rodzinna relacja wyciekająca spomiędzy fasady familijnego projektu i biznesu, bo wstęp na farmę jest płatny. Słuchając tej dziewczynki zapatrzonej w swojego tatę i zasłuchanej w jego wszechwiedzę, doświadczałem prawdy oczywistej pod każdą szerokością geograficzną – jakimi autorytetami i wzorcami są dla nas nasi rodzice, jaki wpływ mają na nasz rozwój, pasje i zainteresowania, jak nas kształtują, bez względu na to, czy czynią to pięknie czy ułomnie.

Z rodzinnym akcentem także muzyczna dedykacja, od Sebastiena Telliera. Tak aksamitna, jak delikatna skóra krokodyla.

4 thoughts on “Głaszcząc krokodyla

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s