Chińskie rozmówki…

Jest coś ekscytującego a zarazem przytłaczającego w zderzeniu się ze światem języka i pisma, których nie rozumie się nawet w najmizerniejszym stopniu. Wstrząs jest najdotkliwszy w pierwszych chwilach wyjazdu albo w miejscach oddalonych od turystycznych arterii. Równie dobrze można by wylądować na obcej planecie. Takie były moje pierwsze chwile, gdy opuściłem bezpieczny kokon lotniska w Szanghaju.

Można to sobie wcześniej wyobrażać, mentalnie się na to przygotować, logistycznie dopiąć najdrobniejsze szczegóły, rozrysować mapki i kierunki, ale tak naprawdę to na nic. Stoisz otoczony dziesiątkami komunikatów, informacji i wskazówek, pulsujących z podświetlanych ekranów, zapełniających barwne lub czarno-białe plansze, plujących treściami z tablic i witryn i nic, ale to zupełnie nic z nich nie rozumiesz. Zazdrośnie patrzysz na przechodzących obok tubylców, dla których wszystko to, co wokół ma jakieś znaczenie, jest prostym i zrozumiałym przekazem. A ja? Ze skupieniem wychwytuję cokolwiek, co napisane jest znanymi mi literami, bez względu nawet na to w jakim języku, by z tych strzępów poskładać choć miraż oswojonego dla moich zmysłów świata. I na tych rozsypanych na oceanie chińskich ideogramów wysepkach staram się przerzucać kruche mosty orientacji. Uśmiecham się do cyfr, które pozostają mi jedynymi sojusznikami trwającymi w swym niezależnym od szerokości geograficznej znaczeniu. Aplikacje. To one mają mi tu ratować skórę. Niektóre oferują gotowe zdania, po których kliknięciu chiński lektor recytuje wybrane sformułowanie, inne za pośrednictwem aparatu natychmiast tłumaczą uchwycone w kadrze znaki na angielskie słowa. Nieudolnie i często nietrafnie. Mam też takie, które w trybie offline zapewniają translację z angielskiego na chiński uproszczony. To ta ostatnia pomogła mi wyjaśnić kierowcy autobusu, o którym opowiadam w Wenecji Wschodu, że chcę dostać się do najbliższej stacji linii metra. Nie dała jednak rady w pierwszym hotelu i na straganie z owocami. A raczej to ja nie dałem rady mimo ich wsparcia. W hotelowej recepcji, wieczorem, dwie osoby z obsługi swoją znajomość angielskiego kończyły na „hello”. I poza typowo turystycznymi lub biznesowymi miejscami na znajomość angielskiego nie ma raczej co w Chinach liczyć. Długo więc trwało, zanim pokazując sobie nawzajem komórki, bo i recepcjonistka wspierała się jakimś podręcznym translatorem, wyjaśniliśmy sobie, że opłatę za moje 3 noce uiszczę na drugi dzień, w poniedziałek, gdy w najbliższym banku wymienię dewizy na juany. Nieprzekonana ani do moich tłumaczeń, ani tłumaczeń aplikacji, i ogólnie do klienta z bookingową rezerwacją ostatecznie przełknęła obawy, że klient zniknie z hotelu nazajutrz bez płacenia i wydała mi klucze do pokoju wraz z niezbędnikiem gościa. Papierowymi kapciami i trzema zestawami do higieny jamy ustnej, na każdą wykupioną przeze mnie hotelową dobę.

Uwolniłem się od plecaka, ale nie od komunikacyjnych turbulencji. W pobliskim sklepiku z warzywami i owocami postanowiłem popróbować nowości, ale potrzebowałem informacji. „How to eat this” – wpisuję w translator i pokazuję sprzedawcy najpierw owoce a potem wyświetlone na komórce znaczki chińskiego tłumaczenia. Poza uśmiechem i spojrzeniem pełnym niezrozumienia nie uzyskuję żadnej odpowiedzi. „Like apple?” – nie rezygnuję. Popatrzył w ekran i z tą samą miną wzruszył ramionami. No tak – myślę sobie – jestem „genialny”, pewnie aplikacja przetłumaczyła moje „jak jabłko” na „lubię jabłka” albo wręcz na pytanie „czy lubisz jabłka?”, więc nie dziwię się, że handlowiec spojrzał na mnie tak jak spojrzał. Skapitulowałem. Kupiłem kilka i po prostu zjadłem. Nie można tak było od razu? – zapytałem w duchu sam siebie wcinając chińskie śliweczki.

Zgodnie z obietnicą rano wybrałem się do banku, by wymienić dolary na juany. Z ulgą wszedłem do środka placówki Bank of China, która wyjątkowo sprawną klimatyzacją dała mi ulgę od rozpalonego już od świtu powietrza. Ale na tym ulga się kończy. Znająca angielski pani z obsługi wyjaśniła mi, że muszę wcześniej wypełnić kilka dokumentów, bez których o wymianie gotówki nie ma tu mowy. Dostałem plik papierów, w oczywistym języku, i po raz kolejny poczułem się, jak na obcej planecie. Konsultantka w eleganckiej garsonce przysiadła się do mnie i krok po kroku pokazała, co i gdzie wpisywać, aby formalnościom stało się zadość. Przez chwilę karmiony czarnym humorem pomyślałem sobie, że gdyby nie fakt, że jestem w szanowanym, państwowym banku, równie dobrze mógłbym podpisywać właśnie zgodę na pobranie swojej nerki. Z wypełnionymi formularzami, gotówką oraz paszportem zjawiam się przed wskazanym mi okienkiem kasjerki wpatrzonej w sprawnie przerzucane pokwitowania. Młodziutka dziewczyna uniosła głowę, dostrzegła cudzoziemca, w jej oczach odmalowało się przerażenie a z głośniczka obok dobiegł mnie jej wyrzucony z gardła szept „Oh, my God”… Przynajmniej zna angielski – odetchnąłem. I pani wzywa Boga na pomoc, gdy trzeba już tylko wziąć ode mnie papiery oraz pieniądze i wypłacić mi należność? A kogo ja miałem wzywać „uszczęśliwiony” przed chwilą waszymi bankowymi formularzami???

Kolejny wyszarpany życiu komunikacyjny sukces. Z portfelem pełnym juanów ulga mogła rozgościć się w trzech sercach : moim, recepcjonistki, której zapłaciłem wreszcie za rezerwację no i kasjerki, którą pożegnałem uśmiechem uwalniając od kłopotliwego klienta.

Życzliwość Chińczyków pomaga bardziej niż aplikacje – zwłaszcza gdy trafia się do wyrastających pod wieczór na chodnikach lub w bramach jadłodajni, których jakość potwierdza zazwyczaj liczna, lokalna klientela. Jedna z nich skusiła mnie w Dzielnicy Francuskiej w Szanghaju. Rozstawione przy ścianach zmęczonej kamienicy plastikowe stoliki i krzesełka były już zajęte, ale dosiadłem się do czytającego książkę mężczyzny. Na plastikowym talerzu miał przed sobą górę muszli ślimaków morskich w aromatycznym sosie. Nieśpiesznie wygrzebywał przekąskę wykałaczką i przeżuwał popijając piwem i przewracając kolejne kartki lektury. Nakierowałem aparat telefonu na menu widniejące na ścianie bramy korzystając z aplikacji, która ujęte w obiektywie znaki natychmiast przemieniała na angielskie słowa, o ile oryginał był wystarczająco czytelny i właściwie uchwycony. Zaczęły mi migać na ekranie słowa „rice, chicken, soup”, ale nigdzie nie mogłem trafić na dostrzeżonego u literata ślimaka, a chciałem sfotografować sobie ową pyszną pozycję z menu, na przyszłe okazje. W końcu wskazałem obsłudze talerz mojego sąsiada i jego butelkę. Dostałem za grosze pyszne mięczaki w smacznym, pikantnym sosie a do tego przyjemną pogawędkę z pogrążonym dotąd w lekturze panem, który dodatkowo objaśnił mi, by nie zjadać wszystkiego, co wygrzebię z muszli i tłumacząc, do którego miejsca odgryzać przekąskę ciesząc się smakiem mięsa, a po którym zaczyna się już mniej szlachetna część ślimaka, która służy mu za życia do celów toaletowych. Nie muszę wyjaśniać, że za tą ostatnią wskazówkę byłem panu szczególnie wdzięczny.

Aplikacje sprawdzały się wtedy, gdy menu było elegancko wydrukowane dając technologii szansę wykazania się trafnością tłumaczenia, były natomiast bezradne, gdy uliczna garkuchnia nie miała żadnego menu lub posiadała narysowane odręcznie na kartce. Ale wtedy działała życzliwość obsługi i klientów. Na jednej z bocznych uliczek odbiegających od słynnej Nanjing Road, głównej arterii handlowej Szanghaju, trafiłem na ukrytą pod arkadami zaułka jadłodajnię oblepioną już gośćmi. Kelnerka nie miała mnie gdzie usadzić, zapytała więc, czy mogę usiąść przy już zajętym częściowo stoliku. I tak wylądowałem na przeciwko zajadającego się kolacją młodzieńca, któremu – biorąc pod uwagę kilka talerzy z przysmakami, jakie stały przed nim – najwyraźniej dopisywał apetyt. Mimo bariery językowej udało nam się poznać swoje imiona, wiek i zajęcia. Po chwili dostałem swoją, wybraną na chybił-trafił potrawę, bardzo smaczną, ale zaintrygowało mnie to, czym zajadał się mój towarzysz. Zapytałem co to jest a w odpowiedzi nie tylko dostałem zgodę na poczęstunek, co całe jego danie. Chłopak wyjaśnił mi, że już się najadł wcześniejszymi porcjami, a ta jest już opłacona i że życzy mi smacznego. W zamian postawiłem mu piwo. A po chwili zostałem sam na sam ze swoim bezmięsnym zamówieniem oraz górą podarowanych mi skorupiaków.

Najpyszniejsze są najprostsze dania. Wtedy nie ma znaczenia, czy jestem w stanie coś z menu wyczytać, czy nie. Nie sięgam nawet po aplikacje. Pokazuję dowolną pozycję na liście i wiem, że niespodzianka nie będzie przykra. Tak jak w przypadku pierogarni, którą kilka razy dziennie odwiedzałem podczas pobytu w Suzhou lub nieodległej od niej niewielkiej restauracyjki, w której przepyszne rosołki z mięsną lub bezmięsną wkładką bazują na wrzątku dolewanym do miski z gara, w którym pierogi są gotowane. Wzdłuż pięknych kanałów w Suzhou wyzwaniem okazało się jedynie, na początku, bez doświadczenia, zjedzenie zupki podanej standardowo wraz z pałeczkami.

Cudownie jest za to legalnie i bez zażenowania, w zgodzie z tutejszą etykietą i kulturą, po prostu sobie … posiorbać.

Aby uwolnić się choć na chwilę od komunikacyjnej bezradności i odzyskać niemal pełnię „europejskiej” kontroli nad sytuacją i zakupami odwiedziłem w Szanghaju – pokierowany tam przez obsługę mojego hostelu – miejscowy hipermarket Carrefour. Można tu kupić te same, albo i lepsze przysmaki, co oferowane na zadeptanej Nanjing Road, ale w przyzwoitych cenach. Ale i między regałami tego sklepu można się poczuć egzotycznie, choćby na dziale rybnym, na którym w szklanych gablotach czekają na smakoszy żywe ropuchy lub węże. Na szczęście znalazłem tam i produkty, które pozwoliły mi choć na ułamek chwili kompletnie zapomnieć o aplikacjach i tłumaczeniach oraz poczuć się po prostu, jak w domu.

„Nasi tu byli” – rzewnie wspomniałem przy znajomej mi butelce kultowy cytat z Seksmisji. Ale na tym polega piękno świata, że jest taki rozmaity, różnorodny, nawet jeśli nie zawsze jest zrozumiały. I tym właśnie tropem idąc dzisiejsza muzyczna dedykacja… „Grzybki” zaśpiewają o bazarze…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s