Nie, to nie jest reklama jakiejś konkurencyjnej marki rozpychającej się na rynku sieci marketów. To puszczenie oka a zarazem marketingowy lep na turystów z Polski na jednym z gruzińskich bazarów. I trudno się do tej odręcznie sporządzonej reklamy na kawałku kartonu nie uśmiechnąć. Tak jak Gruzini często uśmiechają się do gości z Polski.
Kutaisi to trzecie co do wielkości miasto Gruzji. Odkąd połączone zostało z Polską regularnymi i częstymi rejsami tanich, lotniczych przewoźników, bywa zalewane turystami znad Wisły. Wielu jednak zostawia to miasto szybko za plecami kierując się do stolicy Tbilisi, nadmorskiego Batumi czy przepięknego, górskiego regionu Svanetii. Zwłaszcza w przypadku tego ostatniego kierunku nie dziwi mnie to nic a nic. Ale kto ma niewiele czasu na zapuszczanie się w głąb Gruzji lub chce jej tylko skosztować, by sprawdzić, czy przyjdzie apetyt na więcej, w Kutaisi i okolicy dostanie zachęcającą próbkę. Niczym zestaw degustacyjny.
A propos degustacji. Bez zjedzenia choćby porcji chinkali pobyt w Gruzji się nie liczy. To akurat danie, którego nie trzeba w tym kraju długo szukać, ale w Kutaisi zachwyca w dwóch miejscach. Blisko serca miasta, niedaleko rzeki i pieszej kładki, chinkali – pierożki w różnych zestawach i z różnymi nadzieniami – są specjalnością El Depo. To miejsce wypełnione niemal nieustannie lokalnymi biesiadnikami i zdecydowanie nie rujnujące ani podniebienia, ani portfela. Nie tylko dla chinkali, także dla genialnych pikli i dań z grilla warto też wybrać się za miasto do Kvamli, w którym nadzianie się przy okazji na imprezę weselną, urodzinową czy rocznicową, roztańczoną, z muzyką na żywo i chóralnymi śpiewami, wcale nie jest rzadkością.





Pocztówki z Kutaisi nie pozostawiają cienia wątpliwości, co traktowane jest tu za atrakcję. Fontanna Colchis na Placu Centralnym ocieka nie tylko wodą, ale i złotem, którym pokryte są liczne figurki zwierząt – jeleni, koni, tygrysów czy baranów. A pomiędzy nimi siedzi tamada – gruziński mistrz ceremonii podczas tradycyjnej supry – który trzymając pełen wina róg wita przybywających gości. Górująca nad miastem i wieńcząca wzgórze Ukimerioni katedra Bagrati jest kolejną wizytówką miasta, jest nią odkąd powstała w XI wieku. Budowla imponuje, ale zaskakująco straciła miejsce na liście dziedzictwa UNESCO po tym, jak przeprowadzono w niej renowacje zbyt wykraczająca poza zalecenia i wkraczającą w autentyczność oryginalnej konstrukcji. Tego problemu nie ma młodszy o sto lat, ale nie mniej imponujący monastyr Gelati z pobliskiej miejscowości Imeretia, z pięknym widokiem na Kaukaz i średniowiecznymi, dobrze zachowanymi do dziś, freskami. Jednak poza tymi pocztówkowymi liderami Kutaisi nie przestaje intrygować. Spacer wzdłuż często wzburzonej rzeki Roni prowadzi do dzielnicy, w której domy rozpaczliwie opierają się niszczącym żywiołom i prawom fizyki i wiszą nad kipielą wspierane metalowymi podporami. A nad rzeką kursuje kolej linowa, której wąskie wagoniki zapewniają społeczną integrację w drodze na szczyt wzgórza, którego atrakcją jest … wieża Eiffela, w tandetnej, ale uroczej miniaturze zdobiącej tutejszy mały lunapark. No i uliczki, wąskie, kręte, brukowane, pełne kamieniczek, którym dodatkowe zmarszczki czasu dodają uroku, choć szkodzą strukturalnie.





















Jednodniowa wycieczka z kilkoma etapami i przystankami wystarcza, by wypuścić się nieco poza Kutaisi i zdegustować Gruzję jeszcze mocniej. Niespełna 20 kilometrów od miasta znajduje się Jaskinia Prometeusza. Odkryta w latach 80. przez gruzińskich naukowców miała być – według niektórych źródeł – kandydaturą na schron przeciwatomowy. Od 2011 roku z kilkunastokilometrowego labiryntu zwiedzającym udostępnia się niespełna 2 kilometry – ale to wystarczy, by poczuć magiczną atmosferę tego miejsca, podkręconą barwnym oświetleniem i mini spektaklem muzyczno-wizualnym. Stała temperatura, w okolicach 15 stopni, pozwala na zwiedzanie bez konieczności przesadnego ubierania się. W jednej z sal – nazywanej Salą Miłości – odprawiane są ceremonie ślubne – trzeba za nie swoje zapłacić, ale chętnych nie brakuje. Wyprawę – trwającą nie więcej niż godzinę – można tu zakończyć kilkunastominutowym spływem podziemną, jaskiniową rzeką, która prowadzi do wylotu z jaskini. Miłośników jaskiń skusić może jeszcze jeden punkt – nawet bliżej Kutaisi – bo zaledwie 10 kilometrów od miasta jest niespełna kilometrowa trasa w jaskini Sataplia.












Spływem wśród skał, ale już nie jaskiniowych, kusi z kolei nie tak odległy Kanion Martvili. Krótki spacer i potem rejs pontonem są relaksującym, wyciszającym i bez wątpienia pięknym punktem tej wycieczki. Podobnie kanion Okatse wyrzeźbiony nurtem rzeki o tej samej nazwie. To 50 kilometrów od Kutaisi i 6 kilometrów pętli do przejścia. I lepiej pójść. Warto, mimo żarliwości kierowców terenowych busików namawiających do podwózki spod kas biletowych do samego kanionu – szkoda pieniędzy, bo oczekują solidnych kwot, z których niechętnie negocjują w dół – i szkoda okazji na spacer przez park leśny Dadiani. Ponad dnem samego kanionu przygotowana jest wczepiona w strome urwiska metalowa trasa z kratownic – mało zachęcające dla osób z lękiem przestrzeni i wysokości, którym zachęty „nie patrz w dół” mogą tu być nie wystarczać. Ale może uda się wytrzymać – w końcu to tylko niespełna 800-set metrów najbardziej eksponowanego odcinka trasy. Perspektywa podziwiania kanionu zupełnie inna niż z leniwie płynącego pontonu w Martvili.













No i bazary. Kutaisi ma ich kilka. Pachną świeżymi wypiekami, stosami przypraw, czasami degustowaną czaczą, owocami oraz gruzińskimi snickersami, jak mówi się na zatopione w stężałych, owocowych syropach orzeszki przewleczone cienkim sznurkiem.



Gruzja – zdegustowana. I jest apetyt na więcej.