Gdybym nie wiedział, przeszedłbym obok kompletnie nieświadomy istnienia tej artystycznej wysepki w sercu miasta. Nawet bym się nie obejrzał. Co więcej – wiedziałem – a mimo to początkowo krążyłem labiryntem alejek między wewnętrznymi podwórkami i pasażami, zanim skręciłem, gdzie trzeba. I po raz kolejny przekonałem się, że warto – w podróżach, i w życiu – schodzić czasem z utartego szlaku i wyrwać się wygodnemu, acz często bezrefleksyjnemu już głównemu nurtowi.
Nikogo nie zaskoczy ani nie zdziwi stwierdzenie, że niemal każde miasto, każdy region, każda okolica, ma w sobie poza tym wysuwającym się na pierwszy plan także urok ukryty, znany garstce wtajemniczonych, odkryty przez lokalnych zapaleńców, zrodzony z kameralnej kreatywności i pozostający w cieniu atrakcji prężących muskuły na pocztówkach i stronach turystycznych przewodników. Berlin też taki jest. Kusi panoramą z wieży telewizyjnej na Alexanderplatz, cierpliwie pozuje tłumom przy Charlie Checkpoint i przepuszcza niezliczone wycieczki przez Bramę Brandenburską. Ale – jak na potężną, dynamiczną i nieustannie zmieniającą się metropolię przystało – uzupełnia i wydłuża listę adresów wartych odwiedzenia pozycjami, których na pierwszy rzut oka nie widać, które nie rozpychają się po popularność. Jednym z takich miejsc jest Dead Chicken Alley. Przechodząc w sercu miasta przez Rosenthaler Strasse wystarczy się nie zagapić i wejść w bramę kamienicy pod numerem 39. Przy kinie Central. I po przekroczeniu bramy wkracza się w inny świat – street-artu pod gołym niebem. Na niewielkim w sumie skrawku wciśniętym między gęsto rozstawione tu budynki znajduje się artystyczna enklawa, rozbryzgująca się na ścianach, murach, fasadach, drzwiach, skrzynkach pocztowych i klatkach schodowych setkami pomysłów. Od tych drobnych, kieszonkowych, po spływające muralami.







Zatrzymując się w tej nietypowej galerii ozdobionej gdzieniegdzie wijącym się bluszczem ma się poczucie nieskończoności ludzkiej pomysłowości. Na jak wiele sposobów można wyrażać siebie, iskrę swojego pomysłu, przebłysk fantazji. Iloma językami kresek, plam i symboli można przemawiać i jak wiele tą nieskończonością skromnych form plastycznych opowiedzieć. Ile musiało się to pojawić umysłów. A każdy miał coś do powiedzenia, inaczej, po swojemu. Osobliwie i niepowtarzalnie. Dzieła jednych znikają pod pracami następców, zainspirowani pokrywają dawne inspiracje. I nie ma końca odkrywania, wynajdowania, zaskakiwania. Tak – potrafimy deptać, niszczyć, rujnować – ale jak pięknie potrafimy też tworzyć.
Podobną odskocznią może być berliński Holzmarkt – też można ten punkt na mapie miasta łatwo przeoczyć jadąc rowerem, autobusem czy samochodem w stronę najtłumniej odwiedzanego fragmentu Muru Berlińskiego, nad Szprewą przy East Side Gallery. Wzrok jadących wzdłuż rzeki na chwilę przykuwa czasami niedługi rząd drewnianych budynków, wyjętych jakby z amerykańskiego dzikiego zachodu. To tu. Znów z niczego niezdradzającej ulicy – tym razem poza centrum miasta – trzeba skręcić przez otwartą bramę do osadzonej przy Szprewie drewnianej wioski. Niezobowiązującego miejsca, w którym chętni kupią coś na pchlim targu, głodni skosztują czegoś w miejscowych knajpkach, spragnieni napiją się czegoś a zmęczeni spacerami i zgiełkiem Berlina po prostu się tu od niego odetną. Na tej stosunkowo niedużej przestrzeni zapanowała swobodna atmosfera a poustawiane bez geometrycznego porządku kanapy i platformy z desek, ławek i palet pozwalają zerkać ponad taflą wody na bezpiecznie dalekie centrum Berlina.









Nic dziwnego, że ta maleńka, drewniana oaza przyciąga artystycznych freelancerów i natchnione, twórcze dusze. Piwo. Joga. Przedszkole. Szkoła muzyczna. W alternatywnej wersji. W głębszym nawet znaczeniu. Bo kiedyś ten skrawek miasta przyciągał tłumy legendarnym klubem techno Bar25. Jednak w 2010 roku 5-dniowa impreza zakończyła, mimo protestów, postulatów i apeli, roztańczony etap tej drewnianej historii. Ale teren odzyskano. I od 2017 roku daje nowe, skryte na uboczu, powody, by się tu zatrzymać.
I tak jak bywa z miastami, utalentowani artyści też pozwalają nam odkrywać siebie wciąż na nowo, i na nowo…