Proszę zapiąć pasy…

Uniosła nad głowę pas bezpieczeństwa i sprawnymi, doprowadzonymi do mechanicznej perfekcji ruchami pouczyła pasażerów, jak z niego korzystać. Tym razem jednak standardowa i bezduszna zazwyczaj procedura miała swój smak egzotycznej odmienności.

Stojąca najbliżej mnie stewardesa spoglądała bowiem na wpatrzonych w nią podróżników i nie przerywając zaprogramowanych etapów prezentacji obdarzała ich kolejno promiennym uśmiechem. W tak przyjaznych okolicznościach można było niemal nie dostrzec, choć widać to było wyraźnie, że był to uśmiech opieczętowany brakiem górnej dwójki. „Lepiej aby czegoś brakowało stewardesie, niż samolotowi” – pomyślałem rozbawiony karcąc się po chwili za tak mało wytworne skojarzenie.

Kolejna Indonezyjka przykuła moją uwagę i wprawiła w osłupienie zanim samolot z Dżakarty dotknął kołami pasa startowego na balijskim lotnisku w Denpasarze. Była jedyną na pokładzie matką z mniej więcej rocznym dzieckiem. Gdy maszyna przecinała już ostatnie metry rejsu kobieta nieoczekiwanie rozpięła pasy, wstała i ustawiając się w przejściu między rzędami uniosła swoją córeczkę. Oniemiałem. Matka zachwycona swoim osiągnięciem usilnie starała się przelać swój entuzjazm na dziecko delikatnie nim potrząsając i gaworząc do córki z przekonującym uśmiechem. Koła samolotu uderzyły o ziemię. Wytrącona z równowagi zaparła się jedną ręką o oparcie sąsiedniego fotela zaciskając drugie ramię wokół pulsującej w rytm drgań samolotu córki. Nie traciła dobrego humoru. Przetrwała mocniejsze hamowanie maszyny podczas zjazdu z pasa oraz ostry zakręt, który solidnie przechylał nawet stabilnie osadzonych w fotelach pasażerów. Stewardesa dostrzegła wszystko, albo postanowiła zareagować, dopiero podczas spokojnego już kołowania. Skłoniła matkę do zajęcia miejsca, ale gdy tylko zniknęła w tylnej części pokładu ta znowu wstała z dzieckiem i dopiero kolejna interwencja okazała się skuteczna. Wylądowałem na Bali. Indonezja właśnie powitała mnie w świecie niespodzianek.

Kolejny przystanek : Padangbai.

IMG_0637

zatoka Padangbai

Do tej uroczej, choć bezwzględnie nadgryzionej komercją zatoki, o 10:00 z umówionego miejsca przed terminalem miał mnie zabrać pracownik firmy przewozowej (Wahana) oferującej rejsy między Bali a Lombokiem oraz położonymi tuż obok tej drugiej mniejszymi wysepkami. Kierowca pojawił się przed 11:00. W jego niezdradzającym ani pośpiechu, ani zakłopotania spojrzeniu szczęśliwie odnalazłem odbicie własnego spokoju i zrelaksowania. Łódź wypływa dopiero o 13:00 więc mimo czekającej nas jeszcze niemal dwugodzinnej podróży czasu mamy wystarczająco dużo. Ale okazuje się, że na uliczkach Denpasaru i Kuty jest ciasno i tłoczno. A do zabrania jest jeszcze piątka turystów rozsiana w trzech hotelach. Dwa pierwsze miejsca odnajdujemy szybko i bezbłędnie. Z trzecim są kłopoty. Pod wskazanym adresem nikt nie czeka. Zza zamkniętej bramy nikt nie reaguje na nawoływania szofera. Sąsiedzi nie potrafią pomóc. Telefon. To nie tu. Przejeżdżamy kilkaset metrów. Kierowca znów się rozgląda. Padają kolejne pytania. Dziewczyna z warsztatu krawieckiego pokazuje kierunek, z którego właśnie nadjechaliśmy. Wracamy. Pusto. Kolejne dwa telefony. Na rejs o 13:00 na pewno już nie zdążymy, ale to nie powód by się stresować. Tu o punktualność nikt się nie zabija. A motorówka nie odpłynie bez wiezionych właśnie pasażerów. Ostatnia, piąta zguba odnajduje się na jednej z pobliskich uliczek. Ruszamy w drogę. Wiem już, że szofer jest młodym ojcem. Jego córeczka ma 4,5 miesiąca. Gdy skończy pół roku zgodnie z tradycją zostanie urządzone przyjęcie. Dumny tata zapowiada, że spodziewa się około 80 gości. Nie przychodzą z pustymi rękami. Ale nie będą to rozrzutnie kosztowne prezenty znane z polskich komunii. W tym przypadku mile widziane są prezenty dla dziecka niezbędne i użyteczne. Ubranka, buty, kosmetyki do pielęgnacji. Na przyjęciu tańców nie będzie. Ale jedzenia a także alkoholu nie zabraknie. Młody kierowca o nadal zrelaksowanym obliczu jednak odrobinę się spieszy. Zahartowany wcześniejszymi doświadczeniami w Indiach i na Sri Lance z zaskakującym mnie samego spokojem śledziłem manewry na zakorkowanych uliczkach, nieustannie zagrożone co najmniej zadrapaniami lakieru lub … skóry rozpierzchających się przed zderzakiem piechurów. Ciśnienie podskakuje mi jednak dwukrotnie. Nagle spod kół jadącej przed nami ciężarówki wyłaniają się pokaźnych rozmiarów zielono-krwiste strzępy z długim zachowanym w całości ogonem. Ta jaszczurka musiała być naprawdę spora. Drugie uderzenie krwi poczułem na komfortowym odcinku dwupasmówki. Rozpędzony do 120 km/h kierowca, jakby przeszkolony wzorami z polskich dróg, w ułański sposób zareagował, gdy trzeba było gwałtownie stracić swą przyjemną prędkość. Połyskiwało już czerwone światło. Mijając stojące na sąsiednim pasie auta kierowca wbił się mimo wszystko na skrzyżowanie redukując pęd do zaledwie setki. W ułamku sekundy dostrzegłem po lewej stronie bezbronnego motocyklistę. Skostniałem. I lawina ulgi. Nie jechał na wprost. Skręcał w lewo.

Zatoka Padangbai. Poukrywanych w cieniu drzew turystów oczekujących na jeden z licznych rejsów na pobliskie wysepki skuteczniej od promieni słońca odszukują towarzyszące często matkom lub ciotkom dziewczynki. Wszystkie taszczą solidarnie skrzynki lub mise wypełnione wszystkim co może dać szansę błyskawicznego zarobku.

IMG_0641

Wygięta w łuk wątła nastolatka z trudem i pokracznie stawia nogi dociskając do brzucha ładunek napojów i przekąsek. Nie jest łatwo znaleźć kupca. Zmęczeni czekaniem i znieczuleni upałem turyści niechętnie kiwają głowami. Lub nawet nie dostrzegają sprzedawców. Przylepieni do ławek i krawężników odpierają kolejne „ataki” promocji na okulary słoneczne, ozdobne rękodzieło, zestawy bransoletek, opasek i świecidełek, pokrojone owoce i całą mniej lub wcale niepotrzebną resztę. Z wyraźną ulgą rysującą się na błyszczącej od potu twarzy swoją skrzynkę stawia przy mnie niziutka dwudziestoparolatka. Kucam i przeglądam towar. Wybieram wodę mineralną i dowiaduję się, że oczekuje za nią 10 tysięcy rupii (ok. 3 zł). Uśmiecham się dając do zrozumienia, że na aż taką marżę zgody nie będzie. Cena natychmiast spada o połowę. Kupuję. Choć wiem, że w sklepie dwukrotnie większa butelka kosztuje 6 tysięcy rupii. Z przymglonym od wyczerpania błyskiem nadziei na zarobek w oczach podchodzą do mnie inne kobiety póki jeszcze nie schowałem potrfela. Niestety – dla nich – niczego już więcej nie potrzebuję. „Boarding Time!” – wykrzykuje kilkakrotnie swoją wersją angielskiego  żylasty tubylec odziany w koszulkę z napisem „helper”. Na betonowe nabrzeże nadciąga posłuszna grupa wczasowiczów karnie ustawiając się w chaotycznej kolejce. Widać, że większości jest już wszystko jedno jakim komendom jeszcze trzeba będzie się podporządkować. Głowy wypełnia bowiem kluczowa, karmiąca nadzieją, nadrzędna myśl – za niespełna dwie godziny przybijemy do piaszczystej plaży Gili Trawangan. Osiągniemy cel. Ściskając w dłoni wręczone z taśmową sprawnością pudełeczko wypełnione kubkiem wody oraz ciastkiem z nadzieniem o smaku kiwi zajmujemy miejsca w fotelach i wciągając powietrze pełne teraz oparów paliwa odbijamy od brzegu. Po chwili niknie przykry zapach a z horyzontu niknie Bali.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s