W pogoni za miłością

Rodzina Capuletich z pewnością tam nie mieszkała. Nie jest nawet przesądzone, czy Julia istniała naprawdę. A balkon rozsławiony w dramacie Szekspira o parze romantycznych kochanków został dobudowany do zabytkowej kamienicy tuż przed II Wojną Światową. Ale zakochanym chyba nie wypada tego mówić. Historia i tak świetnie się sprzedaje. Miłość świetnie się sprzedaje. Zwłaszcza w Weronie.

Via Cappello 23. Pożądając… ups… freudowski błąd… Podążając pod ten adres mijam prowadzącą od dworca kolejowego szeroką arterię i mijając okazały łuk/bramę staję wprost na przeciw Areny. Okazała budowla tkwi w cieniu znacznie słynniejszego, rzymskiego Koloseum, choć jest przecież starsza.

Gdy powstała – a było to zaledwie kilka lat po śmierci Chrystusa – na jej widowni mogło zasiąść nawet 30 tysięcy ludzi. Teraz wypełnia się m.in. latem, gdy organizowane są tu festiwale operowe. Dźwięk i widok z najwyższego, 44-go rzędu, musi być wtedy oszałamiający. Ale nie monumentalna Arena jest wizytówką tego miasta. Wciskam się więc w labirynt wąskich uliczek i przepełnioną gustownymi sklepikami i butikami Via Mazzini docieram do nieregularnego, ale pięknego Piazza delle Erbe. Stąd do domu Julii już tylko parę kroków…

Zaczyna padać. Tłumy kotłujących się zewsząd turystów i wycieczek znikają pod foliowymi kapturami i kapeluszami parasoli. Ale nikt się nie cofa, nikt nie rezygnuje. Pod ten balkon trzeba przecież dotrzeć. Choćby nie wiadomo co. Miłosna legenda i karmione nią osobiste, skrywane pragnienia, wpychają ludzi w wąskie gardło bramy i krótkiego korytarza, którego ściany wyglądają, jak okopcone. Ale to nie ślady dymu umorusały mury. To wielokrotnie nakładające się na siebie warstwy życzeń, deklaracji i wyznań wypisywanych zapamiętale, z przekonaniem, lub z wymuszonego zwyczajem odruchu, na najmniejszym wolnym, lub zwolnionym czasem i wyblaknięciem poprzedników skrawku przestrzeni. Ludzie szturchają się, potrącają, przepychają. Ktoś składa parasol ochlapując sąsiadów. Ktoś inny tamuje ruch uparcie próbując znaleźć choć imitację intymności, by uwiecznić siebie na tle piętrzących się wszędzie miłosnych liścików.

I w końcu jest. To podwórko. Ta aura unoszącej się obietnicy miłości. A tej obietnicy mało kto potrafi się przecież oprzeć. I nie ma tu znaczenia szerokość geograficzna, bo na podwórko wlewają się przedstawiciele wszelkich ras, kontynentów i kultur. Dla wielu to po prostu wizyta w miejscu, które zobaczyć należy. Odhaczyć potem na podróżniczym grafiku. Ale stojąc na tym ciasnym, mokrym od deszczu, i kłębiącym się od głów zadartych w stronę piętra podwórku myślę sobie, jak uniwersalna i potężna jest siła miłości. Dłonie wychylają się spod parasoli i uzbrojone w aparaty fotograficzne i smartfony namierzają bezbłędnie symbol tajemnych schadzek, wyznań płynących z głębi duszy, przyśpieszonych oddechów i wzmożonego bicia serca – balkon.

To na nim słynny dramaturg umieścił opętaną uczuciami tętniącymi wbrew wszystkim i wszystkiemu Julię, a pod nim tym samym owładniętego Romeo. Tak kochać i być tak kochanym – rozpalają się choćby na krótko, na płyciznach pośpiechu, ulotne turystycznym gwarem, marzenia zwiedzających. I uzewnętrzniają w jeszcze jeden sposób. W głębi  podwórza stoi niewielki pomnik szekspirowskiej Julii. Ponoć kto potrze jej prawą pierś będzie miał szczęście w miłości. A któż by go nie chciał? Do figurki ustawiają się więc kolejki. Wypolerowana milionami dotyków i zachłannych objęć lśni odbijając od lat milcząco wypowiadane tu szepty i modlitwy, błagania o to, by w sercu zawsze gościła wiosna. Co chwilę metalowy cycek niknie pod kolejną dłonią. By gwarancja miłości była pewniejsza wielu dokumentuje ten akt zdjęciami. To trwa. Kolejka rośnie. Ciżba napiera. Ale nikt nie odpuszcza. Nikt nie pogania. Nikt się nie denerwuje. Nie odchodzi zniechęcony. Ten nieznaczny trud i wysiłek, w imię miłosnego sukcesu i rozścielonych pod stopami życia płatków róż, trzeba ponieść. Jeśli są tu samotnicy chwytają pierś tęskniąc za bratnią duszą i równie szczerze co naiwnie wierząc, że po wyjściu z tej osławionej bramy pozostanie im tylko czekać na niechybne spełnienie ukrytych pragnień. Jeśli są tu pary, obłapują Julię wspólnie; jakby to bowiem wyglądało, gdyby partner czy partnerka się w rytuał nie włączył. Nie kocha mnie już? Ma kogoś? Coś ukrywa? Wątpliwości zrodziłby się natychmiast. Myślę sobie o wierze. Wierze tych ludzi. Zapewne wierzą głęboko i wielu stara się też o to z całych sił, że ich związki, teraz opieczętowane dodatkowo werońskim stemplem, przetrwają próbę czasu i ludzkich ułomności. Ale ilu jest w tym tłumie pokaleczonych? Ilu takich, którzy może kiedyś, gdzieś, podobne kartki i wyznania wieszali i naklejali, bezskutecznie? Ilu z tych, którzy wypisując swoje imiona wplecione w kreślone w niewygodzie serduszka, czuje się jak zdobywcy ziemi obiecanej a za chwilę doznają goryczy rozstania. Ilu z tych, którzy przed chwilą oderwali palce od powabnych krągłości szekspirowskiej bohaterki, już czuje nadchodzącą klęskę, toczącego ich związki nieuleczalnego raka? Że stałem tam, jak ponurak wątpiący w trwałe szczęście? Nie… znam po prostu statystyki… i znam też ich smak. Ale i ja przecież w bramę się wcisnąłem, balkon sfotografowałem i wyciągnąłem dłoń ku pomnikowi. Wierząc w cokolwiek? Siłę sprawczą takich gestów? Hmmm…

Do niedawna można było przyklejać do ściany w bramie Via Cappello 23 listy do Julii. Teraz trzeba je wysyłać pocztą – zwyczajną lub elektroniczną – a wolontariusze starają się na większość z nich odpowiedzieć. Na spontaniczne wpisy przeznaczono tu jedną ze ścian. Wypełnioną po brzegi. Wielowarstwowo. Wygląda jak latami nieuwalniany od krzyczących ofertami i anonsami plakatów słup reklamowy. Ale miłość można tu umacniać i wyznawać także innymi sposobami. W rogu podwórza mienią się czerwienią stłoczone kłódki ozdobione imionami zakochanych, nieraz datami lub lakonicznymi wyznaniami. Są naprędce klecone listy naklejane niedbale i nietrwale. Miłość nie wstydzi się nawet objawiać pod postacią – sklejanych parami – albo barwionych lub zapisywanych – gum do żucia.

Jak pięknie sprzedaje się tu miłość. Nawet przepływająca przez miasto rzeka zdaje się uzasadniać tę legendarną wyjątkowość Werony. Włosi podkreślają, że Adyga układa się tu w zgrabne, podwójne S. S jak sposare, czyli wychodzić za mąż. Inni pomyślą : s jak singiel, s jak samotność lub s jak seks. Słodyczą ociekają nie tylko mury najsłynniejszej tu kamienicy, także położona niedaleko kamiennego mostu Ponte di Pietra, bezkonkurencyjna lodziarnia braci Mirko i Stefano. W podawanych w gelaterii Artigianale lodach pistacjowych można się zaiste … zakochać. Obowiązkowo w Weronie należy także zjeść gnocchi a te – jak dowiaduję się z pewnego przewodnika – warto zamówić w osterii Sottoriva.

Odnajduję ją ukrytą w podcieniach nadrzecznej uliczki i … ze zdumieniem dowiaduję się, że gnocchi tu nie podają. Trudno. W życiu nie można mieć wszystkiego. Nawet jeśli ściskało się pierś Julii ze wszystkich sił.

Muzycznie… zapraszam dziś na opowieść o tym, jak życie staje się czasem czymś, czego się absolutnie nie chciało. I gdy ludzie są wtedy zbyt słabi, by zawrócić, a równocześnie zbyt silni, by upaść.

Reklamy

2 thoughts on “W pogoni za miłością

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s