Zanim podadzą obiad

Każdy oddech to łyk otumaniającego wręcz swoją intensywnością zniechęcającego zapachu uderzającego chwilami tak precyzyjnie i bezwzględnie, że wbrew sobie odważam się zaczerpnąć powietrze. Pod stopami natrętna breja z niemrawą lepkością z każdym krokiem skutecznie znajduje drogę przez znikomą zaporę klapek do palców i pięt. Ciasny półmrok i wilgotny upał. Targ rybny w Jimbaran.

Pierwsze spotkanie z balijską plażą. Złocisty, kilkukilometrowy, szeroki i piaszczysty rogal zaczyna się niemal tuż za południowym ogrodzeniem lotniska w Denpasarze. Porywa mnie widok startujących samolotów, które z dostojnym hukiem unoszą się nad turkusowymi falami. Jest wczesne popołudnie. Słońce ciągle wbija się swoimi promieniami w skórę ostrzeliwując nimi prawie idealnie znad głowy każdego, kto opuści azyl cienia. Oszukując coraz bardziej przegrzany organizm zbaczam na wilgotny piasek i pozwalam dosięgać się każdej przynoszącej ulgę fali. Moja sklejona coraz bardziej z ciałem koszulka i rytmicznie pulsująca woda zdają się być chwilami jedynymi śladami życia. Liczne kafejki i restauracje przyczepione do krawędzi plaży sennie czekają na wieczorne ożywienie pogrążone teraz w letargu i kompletnie niezainteresowane incydentalnymi spacerowiczami. Dalej przejść się nie da. Lawirując między rozrzuconymi na piasku wielobarwnymi i rozkraczonymi bezradnie łódkami lokalnych rybaków wkraczam do świata, który najpierw uderza w moje nozdrza a dopiero potem przedstawia się oczom. Targ rybny w Jimbaran odkrywam przypadkiem.

IMG_0827

Niski pawilon, a raczej pokaźny barak z nielicznymi, wąskimi wejściami jest szczelnie oblepiony zaparkowanymi motorami i skuterami oraz nieustannie szturmowany nieustającą rzeką klientów. Niektórzy wybierają coś dla swoich rodzin. Wielu z nich decyduje się na przyrządzenie ryb na miejscu – wystarczy, że oddadzą swoje czarne reklamówki sąsiadującym z targiem pracownikom obsługującym pokaźne paleniska i grille. Inni, wyposażeni we wszelkie dopuszczone wyobraźnią pojemniki, robią zakupy poważniejsze, zasilając hotelowe kuchnie, lokalne restauracje i ustawionych w handlowym łańcuchu pokarmowym sprzedawców z głębi lądu. Niewiarygodne, ile towaru i na ile sposobów można niezawodnie przetransportować skromnym jednośladem.

Zapach. Mieszanina morza, rybich wnętrzności, spalin buchających z niezliczonych rur wydechowych oraz kłębiącego się znad palenisk dymu. I jeszcze powykładane na faliste dachy skleconych byle jak straganów rybie tusze suszące się w słońcu. Gdyby nie sięgająca tu czasem odświeżająca bryza byłoby naprawdę kiepsko. Ale wewnątrz rybnego targowiska na nadmorski podmuch liczyć już nie można. Spiekota wydobywa uciążliwe aromaty z zabójczą skutecznością i błyskawicznie miesza je pod nisko zawieszonym dachem ozdobionym jak choinka dziesiątkami zwisających smętnie na kablach bladobiałych żarówek. W ich świetle można podziwiać niemal wszystkie stworzenia, jakie tym skromnym rybakom udało się zagnać w sieci i wyrwać z objęć morza.

IMG_0858

Nie bez trudu mijam wtulone w siebie stoiska, za którymi połyskują zmęczone dniem mokre od potu twarze. Przejścia między rzędami stanowisk są niebywale wąskie a posadzka jest nie tyle mokra, co miejscami wręcz podtopiona a do tego śliska od wyciekającej z mrowia pojemników i skrzynek słonej wody wymieszanej ze zwierzęcymi resztkami. Krewetki w odmianach, kolorach i rozmiarach, o których nie miałem pojęcia. Powiązane linkami i skrępowane gumkami kraby i homary rozpaczliwie próbują rozprostować odnóża lub uwolnić swoje ciągle niebezpieczne szczypce. Od dorodnych i kosztownych tuńczyków po sterty maleńkich rybek, które z powodzeniem mogłyby wejść w rolę solonych paluszków i stać się przekąską na jeden raz. Dziwactwa, które podpatruję po raz pierwszy oraz koncert kolorów, który widywałem wcześniej podglądając przybrzeżne rafy.

IMG_0854

IMG_0855

Wybór zaczyna mnie przerastać. Chcę tylko rybę na lunch. Ale którą wybrać? Nazwać i rozpoznać potrafię zaledwie parę. A te pozostałe? Warto o nie pytać? Ale jak pytać? Angielski ma tu przecież swoje restrykcyjne ograniczenia. Od kogo kupić? Bo a nuż nie trafię na osobę uczciwą. Jaką cenę zaakceptować? Bo przecież nawet pytając o nią w miejscowym języku nikogo nie zmylę i nie uniknę raczej uzyskania oferty dla bogatego turysty z zachodu. Pamiętając restauracyjne stawki i uzbrojony w wiedzę przez obsługę mojego hotelu decyduję się najpierw na kilka krewetek. Rozczarowanie. I sprzedawcy, i moje. Nie sprzeda mi zaledwie 4 sztuk upatrzonych przeze mnie olbrzymów. Gdybym chciał kilo można by rozmawiać. Kilka stanowisk dalej moje detaliczne pragnienie nie stanowi problemu. Cena znakomita, mam nawet wrażenie, że wcale nie dopasowana do mojej białej skóry. Powiązane cienkim sznurkiem odważniki błyskawicznie wskakują na szalkę a palce sprzedawczyni równie sprawnie na klawiaturę kalkulatora. Płacę zadowolony i zabieram swoją zdobycz. Jeszcze ryba. Miejscowym przysmakiem jest mahi-mahi, ale nie zdołam jej rozpoznać – a boję się nieufnie, że pytając dostanę jakąkolwiek cenę za byle jaką rybę. Mimo wszystko pytam. Odsyłają mnie obok. Kilka kroków po chlupiącej brei, przeciskam się między innymi kupującymi. Mahi-mahi okazuje się jednak tak sporym okazem, że rezygnuję. Starczyłaby dla mnie na lunche do końca tygodnia. Decyduję się na znany mi i doceniany przez Balijczyków – i nie tak dorodny – egzemplarz red snappera. Znów znakomita cena. Uśmiechnięty chłopiec oferuje dodatkowo, że oczyści mi rybę i przygotuje do grillowania. Po chwili kolejna czarna torebka ląduje w moich rękach. Wychodzę pośpiesznie brnąc w nacierającej ciżbie i odrywając klapki od nieznośnie nieprzyjemnej posadzki. Z półmroku wpadam w cierpliwie czekający na mnie oślepiający skwar i podobnie do ryb, które za sobą pozostawiłem, szeroko otwieram buzię domagając się łyku świeższego powietrza.

Okopcone i osmalone dymem stanowisko z grillem. Dwóch młodzieńców nie ma praktycznie wolnej chwili. Przyjmują od klientów świeżo kupione ryby, obrabiają je błyskawicznie i rozcinają, po czym smarują swoimi sekretnymi pastami wypełniającymi wysłużone garnki lub miski.

IMG_0869

Rozpołowione ryby i krewetki trafiają do drucianych, ciasnych klatek okopconych nie słabiej od ścian, i lądują na pokaźnym ruszcie, na którym ze znawstwem i wyczuciem co chwilę są przewracane lub kierowane ku większemu lub mniejszemu strumieniowi ciepła. Kilkanaście klatek w osnutym dymem tańcu. Obserwuję ten proces z ławeczki przy kilku byle jakich stolikach rozstawionych na przeciwko grilla po drugiej stronie wąskiej, żwirowej dróżki. „Sir, where are You from” – pada nagle pytanie zza drugiej części stołu. Odpowiedź „Poland” spotyka się tu z natychmiastową reakcją : „Holland”, dlatego nauczony wcześniejszymi nieporozumieniami informuję młodego Balijczyka : „Polandia”. To zawsze działa. I budzi natychmiastowe skojarzenie. Jednoznaczne. Sprawdzające się w każdym przypadku, przynajmniej podczas mojej wyprawy. Bez wyjątku. Rozmówcy wymieniają najbardziej znanego im Polaka. Papież? Bynajmniej. Wałęsa? A któż by go tu kojarzył? Lewandowski! Oto twarz Polski rozpoznawana obecnie przez młodych Indonezyjczyków. Mężczyzn – bądźmy precyzyjni. Po piłkarskim wstępie mój rozmówca przedstawia się bliżej. Jest kucharzem w jednym z hoteli.

IMG_0822

Jego podstawowa miesięczna pensja to równowartość 120 dolarów. Wybawieniem są dodatki i „nieewidencjonowane” przychody, które czasami podbijają zarobek do 400 dolarów. Bezcenne są natomiast rybne wskazówki, których mi po ekspercku udzielił. Nazajutrz wyruszę więc na targ z ułożoną w głowie listą najsmaczniejszych lokalnych ryb. Tymczasem moja dzisiejsza porcja trafia na talerz wyścielony szarym pakunkowym papierem. I na stół.

IMG_0871

Inni odbierają w tym samym pakunku zapieczętowane zszywaczem biurowym porcje na wynos. Nic nie może się zmarnować. Specjalnymi szczypcami chłopcy odrywają przyklejone do drucianej kratownicy resztki wyjętej już ryby i dokładają klientom ze zdumiewającą skrupulatnością. Do tego dwa sosy. Pikantny i … kompletnie nie wiem jaki. Dziwny. Wszystko za 5 złotych za kilogram oddanego do obróbki towaru.

Przed 18:00 targ rybny zamiera. Syty i zadowolony wracam plażą i cieszę oczy romantycznym zachodem słońca.

IMG_0839

Oddycham. Głęboko. Bo tu targowy świat zapachów już mnie nie dosięga, poza śladami pozostawionymi na splotach nici mojej koszulki. Plaża już nie jest bezludna. Przy rozstawianych na piasku stolikach krzątają się kelnerzy rozścielając obrusy, układając kwiaty i zapalając lampiony. Siadają pierwsi goście, coraz liczniej spływający z okolicznych uliczek. Za chwilę złożą pierwsze zamówienia i być może zjedzą jedną z ryb, których drogę na talerz właśnie poznałem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s