Opowieść o jednym zdjęciu

Czasami zdarza się spotkać dziecko, w którego oczach znaleźć można tyle dojrzałości, że jej głębia i skala aż przytłacza i wzrusza. W takie właśnie oczy ze zdumieniem i towarzyszącą mi burzą myśli, pytań i emocji wpatrywałem się przez niespełna godzinę w niewiarygodnie zatłoczonej marszrutce. Zrobiłem ukradkiem zdjęcie. I właśnie o nim opowiem.

Lubię krótkie wypady na Ukrainę. O świcie zostawiam za plecami niewybudzony jeszcze Przemyśl i po kilkunastu minutach podróży jestem na przejściu granicznym w Medyce. Ostatnie skrawki Polski przed pieszą częścią przejścia prowadzącego na Ukrainę. Mijam wiecznie tętniący tłum Ukraińców trawiony jedną, zbiorową niemal myślą i nadzieją – że każdy przejeżdżający samochód i każdy wyglądający na miejscowego przechodzień zwieńczy cykliczną tu, wpisaną w konstytucję przygranicznej walki o los, pogoń za cennym, choć nikłym przecież obiektywnie zyskiem ze sprzedaży alkoholu lub papierosów. Zaciśnięte na butelkach spracowane dłonie unoszą się zachęcająco jak na zawołanie, gdy tylko na horyzoncie majaczyć zaczyna choć okruch szansy na udaną transakcję. Odrętwiały w osamotnieniu handlowy organizm zdaje się nagle ożywać tylko w kontakcie z obcymi, sunie wtedy w ich kierunku spójną gromadą, w której trwa energiczna walka na łokcie, wykrzykiwane prośby, cenowe licytacje a czasem i błagalne spojrzenia. Odprawa paszportowa zazwyczaj trwa krótko. Nie minie pół godziny, a czasami i szybciej, a mojemu paszportowi przyjrzą się funkcjonariusze z obu stron granicznego szlabanu i postawię kroki na żółto-niebieskiej ziemi. Tu tłumu uzbrojonego w wódkę i tytoń nie ma – ale od mojej nauczonej doświadczeniem zbroi odbija się innej natury propozycja. Wietrzący łatwy łup prywatni kierowcy szybko rezygnują z przekonywania mnie, że ich transport jest wart zainteresowania. Nie próbują już nawet – co zdarza im się często – przekonywać, że bus do Lwowa już odjechał a do następnego pozostało mnóstwo czasu. Głuchy na te usilnie wyszukujące zarobku łgarstwa oddalam się od najbliższego sąsiedztwa granicy i po chwili jestem na dworcu autobusowym w Szeginiach. Jeszcze tylko odparcie ostatniej próby nakłonienia mnie do pozostawienia pieniędzy tam, gdzie sobie tego nie życzę – w kasie dworcowej – i już mogę nieco mniejszą niż w okienku gotówkę wręczyć bezpośrednio kierowcy busika (marszrutki) i zająć jedno z licznych jeszcze wolnych miejsc. Siadam z przodu, plecami do kierowcy, mając przed sobą całą, umorusaną, koszmarnie zmęczoną kabinę szybko napełniającą się kolejnymi pasażerami. Jestem jedynym cudzoziemcem w tym rejsie. O odjeździe, poza rozkładem jazdy, decyduje dodatkowo warunek ekonomiczny – bus powinien być pełen. A przynajmniej prawie pełen. Gdy kierowca uznaje, że warunek ten został spełniony, ruszamy. Ale po parudziesięciu metrach skrzypiąca i trzeszcząca niemiłosiernie marszrutka zatrzymuje się na wezwanie, by zabrać garstkę tych, którym do dworca zabrakło paru kroków. Robi się naprawdę ciasno.

Bus jest tak niski, że nieco szczodrzej obdarzone wzrostem osoby są bez szans na wyprostowanie się. Wszyscy bez wyjątku przyjmują w kabinie nienaturalne pozycje. Siedzący, nie mogąc zazwyczaj umieścić nóg przed sobą, usiłują rozmaitych geometrycznych rozwiązań pozwalających uniknąć wciskania kolan w oparcia zbyt ciasno powkładanych wewnątrz foteli. Albo splatają swe nogi z osobami siedzącymi vis a vis nierzadko pozwalając jeszcze w tej pajęczynie kozaków, sandałów, oficerek i trampek postawić stopy tym, którzy usiąść już nie mają gdzie. Stojący z kolei przymusem dachu pokornie pochylają głowy lub wręcz skręcają w przedziwnych figurach cały tułów. Odczuwając napierającą wręcz bliskość osoby z sąsiedniego fotela wrastam w nieświeżą zasłonkę oddzielającą mnie od zaparowanej szyby. Na jednym z kolejnych przystanków roszada – wysiadający przelewają się między kontynuującymi podróż z niebywałą wprawą i bezkolizyjnie. Dosiadają się nowi odnajdując nieistniejące tak naprawdę wolne przestrzenie. To tutaj sztuka i umiejętność kluczowa.

Ku zwolnionemu na przeciwko mnie fotelowi zmierza babcia z wnuczką. Drobniutka dziewczynka niemal kompletnie ginie i niknie w tej gęstwinie upchanych, zgniecoonych, dorosłych pasażerów. Prawie niewidoczna dla nich jest potrącana i szturchana łapiąc równowagę w pulsującym na nierównościach i pojekującym na zakrętach busie. Zaciska paluszki na dłoni babci. Ani grama zniecierpliwienia. Żadnego grymasu niezadowolenia. Dla dziewczynki ta niedelikatna, duszna i klaustrofobiczna rzeczywistość zdawała się być zupełnie naturalną. Być może każdego dnia, od najwcześniejszych lat, zna już te poszturchiwania. Być może dla niej takie podróżowanie, z nieuchronnym lekceważeniem jej kruchej fizyczności, jest jedynym, jakie zna. Standardem, którego musiała się prędko nauczyć, zrozumieć jego reguły i zaakceptować niesprawiedliwy, surowy ton. Z zadziwiającą mieszanką smutnego podziwu patrzyłem na to, z jaką cierpliwością i godnością znosi te wszystkie niewygody. A może tylko ja dostrzegam tu niewygody? Może dla niej to już nie jest żadne okazywanie cierpliwości? Pytania po chwili spadają w mojej głowie nową lawiną.

zdjęcie

Usadowiona ciaśniutko przy szybie czule wtula się w babcine ramię. Kobieta odpowiada dziecku spokojnym spojrzeniem, przepełnionym nie mniejszą czułością i troską. Sposób w jaki na siebie spoglądają… nie… nie potrafię tego wyrazić… To były chwile, gdy zacierała się dla mnie różnica ich wieku. Nagle obie stawały się w pełni świadomymi uczestniczkami ukraińskiego wycinka życia. W obu parach oczu mieszkał spokój i niemal beznamiętne przyjmowanie warunków, jakie bez wątpienia każdego dnia gotował tu dla nich los. Znały ten los, i nie wierzgały przeciwko niemu. Bo niby co by to tu i teraz zmieniło? Miałem nadzieję, że odnajdę w oczach dziewczynki naturalny dla dziecka błysk ciekawości rozświetlający zazwyczaj kilkuletnie buzie w trakcie podróży. Nosy spłaszczone na szybach, świdrujące okolicę, zaintrygowane każdym szczegółem, połyskujące oczka. Tego się spodziewałem. Ale nie tym razem. Owszem, dziewczynka wielokrotnie odwracała twarz do szyby. I zdumiewającym mnie, przygnębiającym nawet, półobecnym, matowym spojrzeniem odprowadzała pewnie znane jej już na pamięć widoki. Nic nie poruszyło jej główki gwałtowniej, za nikim i niczym nie oglądnęła się gwałtowniej, ożywczo. Jakby przełączona w tryb oszczędnościowej egzystencji zamierzała jedynie przeczekać nieunikniony element codzienności – niespełna godzinną podróż do niewzbudzającego już żadnych emocji celu. Jak wyglądałaby rozpromieniona uśmiechem? Szalejąca w zabawie porywającej jej włosy na wszystkie strony? Tego w trakcie jazdy się nie dowiedziałem. Wzruszony patrzyłem, jak kochająca babcia otula wnuczkę a to serdecznym uściskiem, a to pocałunkiem w czoło. I wtedy kilkulatka wtulała się w nią bardziej, jakby panujący w marszrutce koszmarny ścisk wcale nie istniał, jakby można było przysunąć się do kogoś jeszcze bliżej. Podziw. Współczucie. Fascynacja. Smutek. Duma. Żal. Nieprawdopodobne, jak wieloznaczny warkocz emocji splotła we mnie ta blondwłosa dziewczynka. Jak wieloznaczny warkocz emocji splata zwyczajne życie. Upakowane zbyt ciasno.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s