Wsiąść do pociągu…

Nawet 15 osób nieludzko stłoczonych na niewyobrażalnie małej powierzchni, bo na jednym metrze kwadratowym. Pociągi przeznaczone do przewozu 1700 pasażerów nafaszerowane i oblepione są czasami nadmiarem 4500 podróżnych. Czułem się więc, jak matador, którego po raz pierwszy postawiono na olbrzymiej arenie na przeciwko rozjuszonego i bezwzględnego byka. Zmiażdży mnie i rozjedzie na miazgę? Oto godziny przedpołudniowego szczytu w Bombaju. Zdeterminowany wchodzę na stację Andheri.

Sieć kolejowa obsługująca liczącą już grubo ponad 20 milionów mieszkańców aglomerację Bombaju jest najbardziej zatłoczoną na świecie. Każdego dnia składy przewożą tu nawet 8 milionów podróżnych. Jedną z najpopularniejszych linii w mieście jest Western Railway biegnąca wzdłuż zachodniego wybrzeża. To na tej trasie znajduje się moja stacja, Andheri. To na niej stoczę swoją walkę. I to na niej wygram lub polegnę.

IMG_1938

Najpierw bezpieczny rekonesans i rozpoznanie pola bitwy. Pojawiam się na dworcu popołudniu, gdy podobnych do mnie chętnych do jazdy w stronę ścisłego centrum jest już zdecydowanie mniej. Ustawiam się w jednej z pięciu długich kolejek do kas biletowych. Na posadzce czerwona linia z napisem informującym, że od tego miejsca przeciętnie dociera się do okienka po 10 minutach. Zanim stawiam na niej stopy mija dobry kwadrans, bo ogonek był wyraźnie dłuższy. Pięć długich, ludzkich kolumn, uporządkowanych i spokojnych. Szybko dostrzegam, że zabijając monotonię całej sytuacji, dla wielu podróżnych staję się jedyną atrakcją. Osamotniony Europejczyk w tym kolejkowym towarzystwie. Obserwują mnie więc i czasami życzliwie się uśmiechają. Mam w końcu bilet, do stacji niemal na południowym cyplu Bombaju, Churchgate. Nie martwię się zatem, jak z pociągu wyjdę. Na końcowej stacji powinno to być w miarę proste. Martwię się za to, jak odnaleźć teraz właściwy peron i pociąg. Pierwsze samodzielne próby rozszyfrowania pełnych niejasnych dla mnie kodów i oznaczeń tablic świetlnych kończą się poczuciem kompletnej bezradności i zagubienia. Nigdzie się nie śpieszę, więc zachowuję spokój i wysilam się, by krok po kroku rozczytać migoczące, żółte litery i cyfry. Kapituluję. Pytam. I choć nie uzyskuję wyjaśnienia, jak czytać komunikaty, pokierowany uprzejmością trafiam na właściwy peron, na którym upewniam się jeszcze, by nie narazić się zbyt szybko na fiasko i żenujące niepowodzenie. Mam kilka minut na obserwacje. Na sąsiedni tor wjeżdża skład wiozący właśnie z centrum w stronę przedmieść wracające z pracy tłumy. Natychmiast pojmuję, że moje doświadczenie z koleją indyjską sprzed kilku lat (trasa Ernakulam – Trivandrum) tym razem będzie bezużyteczne. Bo tak przeładowanego pociągu, na żywo, nie widziałem jeszcze nigdy a obrazki oglądane w telewizji nie robią aż takiego wrażenia. Na stałe pootwierane drzwi wagonów są oblepione mężczyznami uczepionymi do wszystkiego, czego można się trzymać i na czym można postawić stopę. Z tych winogronowych, ludzkich kiści, odrywają się nagle poszczególne elementy zanim pociąg osiąga prędkość, którą uznałbym za względnie bezpieczną, by zaryzykować wysiadkę. Wyskakujący z pociągu, w którym chyba tak naprawdę wcale nie byli wisząc jedynie poza jego ekstremalnie upakowanym wnętrzem, obuci zazwyczaj w klapki i sandały, pośpiesznie i groteskowo człapią po peronie wytracając pęd i usiłując zatrzymać się nie wpadając przy tym na tych, którzy w tym samym czasie przymierzają się już do zaatakowania wybranych wagonów. Nie dziwi mnie teraz, że rocznie ginie tu przeciętnie 600 osób a bywały lata, w których każdego dnia przejażdżka koleją w Bombaju kończyła się śmiercią dla kilkunastu pasażerów. Dostrzegam, że większość tych, którzy wysiadają, ma ten manewr za sobą zanim skład zatrzyma się na dobre. Niewyobrażalnie upakowany pociąg jakby bolesnym skurczem pozbywa się części ładunku, choć ulga nie trwa długo. Do drzwi toczącej się jeszcze wolno kolejki ruszają bowiem ze zdecydowaniem zwarte oddziały spokojnych dotąd oczekujących. Teraz nie czekają już na nic. Nawet na maruderów, którzy nie wiedzieć czemu postanowili czekać z wyjściem z wagonów aż do zatrzymania się pociągu. Bywa, że to już za późno, że w tym momencie ruch ludzkiej masy przebiega już tylko w jednym kierunku – do środka a nie na zewnątrz. Z mieszanką podziwu, zdumienia i przerażenia obserwuję, jak z tej skołtunionej ciżby wydobywają się jednak bohaterscy szturmowcy wypadający na peron, których miejsce natychmiast zajmują nowi, z impetem wbijający się w tych, którzy już, jakoś, częścią pociągu się stali. Nikt nie narzeka na popychanie się czy wręcz zgniatanie. To przyjmowana tu ze zrozumieniem norma, jedyna metoda. Życzliwi, którzy zawiśli na bocznej poręczy przy drzwiach, wykonują nieprawdopodobne ewolucje, by po pierwsze utrzymać własną pozycję, gwarantującą w trakcie jazdy ożywczy przewiew powietrza, i by jednocześnie umożliwić przewalenie się w obu kierunkach masom współpodróżników. Chwytają się więc tych poręczy i odchylają daleko poza światło drzwi wisząc cierpliwie. Po chwili pociąg rusza i, w co trudno mi uwierzyć, do drzwi dopadają jeszcze ostatni desperaci zdumiewając mnie tym, że … z powodzeniem znajdują jeszcze skrawki czegoś, czego mogą się złapać, i na co wsunąć swoją choćby jedną stopę.

Życie na peronie wraca do upalnej, lekko sennej nawet, i lepkiej od skwaru normy a po chwili na mój tor wjeżdża pociąg do Churchgate. Czuję ulgę. W wagonach jest dość luźno. Mniej więcej tak, jak w warszawskim metrze o 8 rano… Po kilku stacjach mogę już się swobodnie obracać a nawet znajduje się wolne miejsce na ławce. Siadam, i do Churchgate dojeżdżam w towarzystwie zaledwie kilku ostatnich pasażerów.

IMG_1944 IMG_1941

Droga powrotna zaczyna się banalnie prosto. Jest już wczesny wieczór i do podstawionego na peron 12-wagonowego pociągu wejść można bez trudu. To przywilej podróżnych na stacji początkowej. Z licznych poręczy zwisają srebrzyste uchwyty rozmieszczone niebywale ciasno i gęsto. Nazajutrz zrozumiem, że nawet to nie zapewnia, iż znajdę jakiś wolny dla siebie. Że pod każdym może się gnieździć kilku wprasowanych w siebie pasażerów. Odjeżdżam w luksusowych wręcz warunkach, ale każda następna stacja zmienia układ sił. Chyba nie zrobiłem zbyt mądrze zajmując miejsce w kącie wagonu, przy oknie najbardziej oddalonym od drzwi. Na stacji Dadar a następnie Bandra wlewa się do środka tak obfita fala nowoprzybyłych, że uświadamiam sobie, iż czeka mnie niezła przeprawa, by wysiąść. Młody, korpulentny mężczyzna w zadbanej, choć zmęczonej już całym dniem koszuli, uśmiecha się do mnie, a że siedzi tuż obok zagaduję go, czy gdy zacznę się przedzierać do wyjścia, gdy miniemy Vile Parle (stacja poprzedzająca Andheri), nie będzie za późno. Potwierdza, że to powinno wystarczyć. Nadeszła więc moja pora. Wynurzam się ze swojego bezpiecznego kąta i wbijam w gęstwinę zapełniającą każdy wolny skrawek między ławkami i w przejściach między nimi. Ze zdumieniem odkrywam, że pierwsze kroki postawiłem z nieoczekiwaną łatwością dzięki wytrenowanym już i opanowanym tu do perfekcji ruchom pasażerskiej magmy. Jak skurczami w jelicie pasażerowie dopasowani do siebie niczym poszczególne warstwy klocków w tetris tworzą napierani mikro szczeliny, w które zasysany jestem z każdym krokiem i przepychany dalej. Ciała przyjmują w tej strategicznej grze planszowej rozmaite pozycje umożliwiając przebicie się ochotnikowi przez kolejne cenne centymetry, niczym wyciskany palcami z foliowej otoczki pasztet. Zanim pojawiają się światła stacji Andheri jestem już poza strefą ławek, w szczelnie zapełnionym przedsionku między otwartymi drzwiami oferującymi pogniecionym ludziom przynajmniej chłodzący przewiew i dostęp do powietrza. Przeczekuję w bezruchu ostatnie minuty podróży a gdy pociąg wtacza się na peron jelito znowu zaczyna się gwałtownie kurczyć przepychając mnie sprawnie ku wyjściu i dość łagodnie, choć z nie największą delikatnością wydalając mnie na zewnątrz. Wiem, analogia jest mało smaczna, dlatego nie zaryzykuję podobnej podczas opisu wsiadania do pociągu.

Pole bitwy więc rozpoznane. Trening przeprowadzony. Jestem gotowy. Następnego dnia zjawiam się na Andheri Station po 10 rano. Znów kolejka do kas, znów rozszyfrowywanie komunikatów i ląduję na peronie, z którego ma odjechać szybki pociąg do Churchgate. Wymyśliłem sobie bowiem, że w szybkim pociągu będę miał większe szanse, jako że pomija on niektóre stacje na swojej trasie. Jest więc nadzieja, że nie wszystkim pasażerom to odpowiada. Jestem w błędzie. Około 11 – czyli jeszcze w czasie szczytu, ale już nie w jego najgorszej fazie – przychodzi chwila próby. Pierwsze mijające mnie na peronie wagony mojego pociągu nie zostawiają cienia złudzeń. Nie będzie lekko. Drzwi oblepione i osaczone ludzkim rojem. Już zaczyna się odczepianie co odważniejszych i bardziej niecierpliwych, już słychać klekot hamujących na posadzce klapków i sandałów, już pora przymierzyć się do wciąż ruchomego celu drzwi – nie ma czasu na wahanie, na długi wybór, na nadmiar kalkulacji. Obiecuję sobie w duchu, że tym razem się nie dam, że nie będzie powtórki z upokarzającego szturmu na prom na wyspie Neil (patrz wpis : Bitwa Morska), że wedrę się, wbiję, przepchnę i nie przegram. Determinacja i bezceremonialność, które są tu podstawą skuteczności, skutkują. Dopadam drzwi wolno poruszającego się jeszcze wagonu drugiej klasy i wraz z dziesiątkami innych stóp stawiam swoją na krawędzi schodków nie bacząc na to, na co nie baczą też inni. Czyli czy nie odepchnę, nie przetrącę, nie zgniotę czasem kogoś tuż obok, czy aby na pewno zdołam dociągnąć do pierwszej stopy drugą, czy za stopami zmieszczę swoją resztę. Zauważyłem, że najtrudniejszym etapem jest właśnie przebicie się przez pierwszą fazę – jeśli zdołasz zdobyć choćby najmniejszy przyczółek pociągu, ci którzy dążą do tego samego za Twoimi plecami wtłoczą Cię głębiej co mimo oczywistej niewygody okraszonej cierpieniem nie jest już aż tak trudne czy niewykonalne. A ludzkie jelito wewnątrz pociągu znowu kurczy się i faluje niby opornie, a jednak elastycznie i gościnnie, by połknąć kolejnych śmiałków i znaleźć dla nich choćby piędź przestrzeni. Ulga, wdarłem się bowiem do wagonu na tyle głęboko, że nie grozi mi wiszenie u drzwi, ba, mam do nich spory i bezpieczny dystans. Chwytam się więc skrzypiącej przy każdym ruchu srebrzystej klamry, do której uwieszeni są jeszcze inni podróżni. Drugą ręką pilnuję swojej niewielkiej torby. Patrzę na to, co dzieje się tuż pod moją zaciśniętą na uchwycie dłonią. Jest tak ciasno, że do zewnętrznej części mojego przedramienia przytulona jest czarna czupryna jednego, niewielkiego Hindusa, a do wewnętrznej części fryzura kolejnego – obaj sięgają tylko nieco wyżej mojego zgiętego łokcia.

IMG_1949IMG_1948

Dojeżdżamy do stacji Bandra. Teraz też ja staję się częścią jelita, które musi umiejętnie falować i pulsować, by wydalać lub wchłaniać kolejnych pasażerów. Na stacji Dadar to samo. Ileż jednak w tym tłumie uprzejmości. Ci, którzy nie są w stanie – bo naprawdę nie są – sięgnąć do półek po swoje torby i bagaże, od których zostali skurczami odseparowani, są sprawnie obsługiwani i wspierani przez tych, których podróż wprasowała właśnie w ich pobliże. Powiew powietrza wdzierającego się do pociągu otwartymi drzwiami i oknami pozbawionymi szyb pomaga zapomnieć o panującym upale, choć krople potu spływają mi po kręgosłupie poganiając się przy tym, jakby obawiały się, że i dla nich może być za chwilę za ciasno, by mogły sobie swobodnie ściekać. Na kolejnych stacjach robi się coraz luźniej. Najgorsze za mną. Do Churchgate znów dojeżdżam siedząc już wygodnie w wyludnionym wagonie kontemplując satysfakcję i zadowolenie. Sukces nakręca i inspiruje? Owszem. Ale w drogę powrotną wybrałem już kompletnie nudny i wręcz pustawy pociąg, który kończył swój bieg w Andheri. A po wyjściu z dworca, zamiast na ulicę, skierowałem się na jedno z licznych w Bombaju naziemnych przejść dla pieszych, pieszczotliwie puste, kusząco przestronne i rozkosznie spokojne.

IMG_1932IMG_1947

Kilka metrów pode mną dudniło, tętniło i gęstniało. Ale tu, na górze, mogłem już od tego odpocząć. Choć nie było mi po drodze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s