Dotyk słów…

„Niepewność może łatwo doprowadzić do jeszcze większej tragedii. Niepewność zawsze podszyta jest strachem. Mężczyźni nie lubią strachu. Boją się go. Wtedy zaczynają popełniać błędy. A błędy przykrywają kłamstwem, aby chronić własną dumę.” (‚Pęknięte miasto – Biesłan’ – Zbigniew Pawlak; Jerzy A. Wlazło).

Chcę oddać tę opowieść słowom. Nie swoim. Wyłuskanym ze stronic zapisanych przez innych. Bo ci inni – choć kompletnie mi obcy – też żyli w świecie pełnym smaku klęsk i sukcesów, poplamionym po szyję czernią i bielą ludzkich charakterów, świecie zdemolowanych marzeń, zdławionych nadziei, ropiejących upokorzeń, bulgocącej bezradnością wściekłości, rozgorączkowanych namiętności. Żyli. I obserwowali los innych. Wyciągali wnioski. Przydają się one, gdy trudno – przez dumę, ślepotę, zapiekły egoizm, gapiostwo lub głupotę – po nie sięgnąć samemu. Lub gdy istnieje groźba, że zrodzą się w przywalonych gruzem trosk i nierozstrzygniętych pytań głowach, gdy będzie już za późno. Dzielę się więc słowami, którymi ktoś inny podzielił się wcześniej ze mną. Na kartach książek, w których zatapiam palce i źrenice, gdy jestem w podróży. Zostawiam te cytaty bez komentarza. Bo każdy wyczyta z nich to, co zechce. Lub to, co powinien.

„Jeśli zaryzykujesz szczerość, masz dziewięćdziesiąt dziewięć procent szans na to, że przegrasz. Ale staniesz się jednym z tych, dzięki którym warto żyć” (‚Wyspy zaczarowane’ – Waldemar Łysiak).

„Ujęłam jego twarz w dłonie i zmusiłam go, żeby na mnie spojrzał. Zobaczyłam oczy bez życia, puste, wytrawione wściekłością i bólem klęski. Poczułam truciznę nienawiści rozlewającą się w jego żyłach i mogłam odczytać jego myśli. Nienawidził mnie za to, że go oszukałam. Nienawidził Miquela, który zechciał obdarować go życiem, krwawiącym jak otwarta rana. Ale przede wszystkim nienawidził człowieka, który był przyczyną całego tego nieszczęścia, owego piętna śmierci i nędzy – samego siebie. (…) Całego swego istnienia zatraconego w oszustwie i kłamstwie. Każdej skradzionej sekundy i każdego oddechu” (‚Cień wiatru’ – Carlos Ruiz Zafon).

„Uważam, że na ludziach, którzy mają możliwość podróżowania, ciąży swego rodzaju odpowiedzialność : pokazać, że inni ludzie mają swoje uczucia i potrzeby, że musimy ich zrozumieć i poznać, a ci, którzy ich poznali, powinni to jakoś pokazać i przetłumaczyć” (Autoportret reportera’ – Ryszard Kapuściński).

– Newt?                                                                                                                                     – Mmmhm? – otworzył oczy.                                                                                                    – Późna godzina.                                                                                                                      – Hej, Catherine.                                                                                                                        – Hej, Newt.                                                                                                                               – Kocham Cię.                                                                                                                          – Wiem.                                                                                                                                    – Za późno.                                                                                                                               – Za późno.                                                                                                                           Uśmiechnął się, przez chwilę patrzył jej uporczywie w oczy, a potem szybko odszedł. Catherine spoglądała za nim, jak malał w długiej perspektywie cieni i drzew, i wiedziała, że jeżeli on się teraz zatrzyma i odwróci, jeżeli ją zawoła – pobiegnie do niego natychmiast. Nie będzie miała innego wyjścia. Newt zatrzymał się. Odwrócił się. Zawołał:                        – Catherine!                                                                                                                  Pobiegła do niego, rzuciła mu się na szyję, nie mogła wykrztusić ani słowa. (‚Długi spacer do zawsze’ – Kurt Vonnegut)

„Spojrzałem na wnętrza swoich własnych dłoni. Wyglądały, jakby się nieco skurczyły w stosunku do swego zwykłego rozmiaru. Tylko trochę. Może tylko mi się wydaje. Może tylko tak wyglądają w tym świetle. Ale niewątpliwie wyglądają na zmniejszone. Poczekajcie chwilę. Chcę coś powiedzieć. Muszę coś powiedzieć. Jest coś, co muszę powiedzieć. Inaczej skurczę się, wyschnę i zamienię się w kamień. Jeszcze pięć minut, pomyślałem. Chciałem wstać i coś powiedzieć. Lecz gdy tylko się podniosłem, w tej samej chwili zniknęły słowa” (‚Zniknięcia słonia’ – Haruki Murakami).

„Herodot jest uwikłany w pewien nierozwiązywalny dylemat: z jednej strony poświęca życie staraniom, żeby zachować prawdę historyczną, aby dzieje ludzkości nie zatarły się w pamięci, z drugiej – w jego dociekaniach głównym źródłem nie jest historia rzeczywista, ale opowiedziana przez innych, a więc taka, jaka im się wydawała, selektywnie zapamiętana i później intencjonalnie przedstawiona. Słowem, nie jest to historia obiektywna, ale taka, jaka jego rozmówcy chcieliby, aby była. I z tej rozbieżności nie ma wyjścia. Możemy ją próbować zmniejszyć lub złagodzić, ale nigdy nie osiągniemy stanu doskonałego. Nieusuwalny będzie ten czynnik subiektywny, jego deformująca obecność. Dlatego, w sensie idealnym, nigdy nie mamy do czynienia z historią rzeczywistą, ale zawsze z opowiedzianą, z przedstawioną, z taką, jaka – jak ktoś utrzymuje – była; taką, w jaką ktoś wierzy” (‚Podróże z Herodotem’ – Ryszard Kapuściński).

„Czym jestem dzisiaj? Zerem. Czym mogę być jutro? Jutro mogę zmartwychwstać i na nowo zacząć żyć! Mogę odnaleźć w sobie człowieka, dopóki ten jeszcze nie zginął” (‚Gracz’ – Fiodor Dostojewski).

Serce moje straciło pół wagi                                                                                                  w czarnej kąpieli…                                                                                                                 Przyszło kilku aniołów półnagich –                                                                                  miłość ze mnie jak suknię zdjęli.

Kurczę się, ściemniam, zmieniam,                                                                              układam jak groch w łupinie –                                                                                       zapomniałam własnego imienia                                                                                               i czas mi przez głowę płynie.

Przyczepiona jak bańka do sennych porostów,                                                              bezpiecznie żyję w niebycie.                                                                                      Zapominam po prostu,                                                                                                             że jest życie.

Powinnam pozostać raczej w tym świecie sinym!                                                               bo na powierzchni płaczę,                                                                                                    jak Mojżesz w koszu z wikliny.

Budzę się, jak się budzi domniemany nieboszczyk,                                                                z przebudzenia szczęśliwy i dumny,                                                                                   zanim się nagle zatroszczy,                                                                                             uderzywszy o ścianę trumny. (‚Sen i przebudzenie’ – Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s